Praca trenera w niższych ligach to sztuka balansowania między wielkimi marzeniami a ograniczonymi zasobami. Jak przenieść standardy z hiszpańskiej La Ligi na polskie boiska klasy okręgowej lub III ligi? Kamil Stanisławski – trener, analityk i pedagog – dzieli się konkretną wiedzą z zakresu budowania tożsamości zespołu, nowoczesnej analizy wideo oraz zarządzania sztabem. To esencja autorskiego szkolenia, która udowadnia, że profesjonalizm nie zależy od budżetu, lecz od jasnej wizji i odpowiedniego podejścia do drugiego człowieka. Zapraszamy na rozmowę z trenerem zespołu U19 Jagiellonii Białystok, Kamilem Stanisławskim, który był jednym z prelegentów na ostatnim zjeździe kursu UEFA A, który odbył się na Chorten Arenie w Białymstoku.

Jak się odnajdujesz jako prelegent? Jako człowiek, który uczy?

Coraz lepiej (śmiech). Zawdzięczam to przede wszystkim trenerowi Bogusławowi Nosowi, który już jakiś czas temu zaproponował mi, by kilka razy poprowadzić warsztaty trenerskie z ramienia Podlaskiego Związku Piłki Nożnej. Trener Nos chyba już wtedy wiedział, że może to być dla mnie ciekawa, równoległa ścieżka do rozwoju. Miałem też okazję poprowadzić zajęcia na kursie Trener Analityk PZPN, będąc jednocześnie uczestnikiem tegoż kursu w Białej Podlaskiej. Tamten wykład był jednocześnie webinarem Szkoły Trenerów. Pomysłodawcą tamtego wydarzenia był trener Daniel Wojtasz, odpowiadający wtedy za realizację drugiej edycji kursu Trener Analityk PZPN. 

W takim razie jak bardzo pomogło ci doświadczenie jako nauczyciel języka niemieckiego? Bo też trzeba wyraźnie zaznaczyć, że jesteś nauczycielem.

Gdyby nie przysłowiowe “stanie przy tablicy” przed młodzieżą, zapewne dużo trudniej byłoby mi odważyć się podjąć wyzwanie szkoleniowe od trenera Nosa już z dorosłym odbiorcą – trenerem.

Chciałbym aby nasza rozmowa mogła w pewien sposób stać się pigułką wiedzy dla osób, które nie mogły wziąć udziału w kursie, a które mogłyby z niego dużo wynieść. Dlatego też w dalszych pytaniach będę mocno odnosić się do harmonogramu prowadzonego przez Ciebie szkolenia. Zacznijmy od pierwszego bloku zagadnień a więc analizy gry i tożsamości zespołu. Kiedy ustalasz punkt wyjścia do analizy, na ile skupiasz się na stałej tożsamości, DNA zespołu (jego esencji), a na ile na jego obecnej dyspozycji i formie fizycznej w konkretnym mikrocyklu?

To pytanie trafia w samo sedno tego, co odróżnia analizę powierzchowną od tej, która faktycznie pomaga zaobserwować zachowanie drużyny na boisku. Jeśli jestem prelegentem uczącym o analizie, to tutaj rozmawiamy o tym, jak zbudować most między tym, „jaki ten zespół jest”, a tym, „jaki  on jest w tym konkretnym momencie”.

Nie traktuję tych dwóch biegunów (DNA vs. dyspozycja) jako alternatywy. To skala, po której muszę się poruszać. Gdybym musiał określić proporcje, powiedziałbym, że punkt wyjścia to 70% stała tożsamość, 30% obecna dyspozycja. Niestety zdarza się tak, że ta druga wartość potrafi w praktyce całkowicie anulować wartość pierwszej, jeśli nie jest odpowiednio zważona.

Podczas omawiania własnych błędów łatwo o spadek morale w szatni. Jakich technik miękkich używasz, prezentując materiał wideo, aby analiza była konstruktywna, a nie destruktywna dla pewności siebie piłkarzy?

To pytanie, które odróżnia “analityka” od “trenera analityka”, który rozumie, że pracuje z ludźmi, a nie z punktami na ekranie. W szatni, gdzie ego, ambicja i strach przed porażką mieszają się w bardzo wybuchowej mieszance, sposób pokazania błędu często waży więcej niż sam błąd.

W szatni nigdy nie mówię: „Kowalski się pomylił”. Nawet jeśli błąd jest ewidentnie indywidualny (np. obrońca traci piłkę w swojej szesnastce), pokazuję to w kontekście: „Dlaczego Kowalski nie miał opcji podania? Jesteśmy w tym razem.” Nie mówię też o „głupim błędzie” czy „niedbalstwie”. Mówię o „zachowaniu” . Analizuję zachowanie, a nie charakter. „To zachowanie w tej fazie gry było zbyt ryzykowne” brzmi zupełnie inaczej niż „Ryzykowałeś bez potrzeby”. 

Staram się znaleźć kontrast. Zaczynam od pokazania dobrego zachowania tuż przed błędem lub dobrej intencji. Wskazuję krytyczny moment: Precyzyjnie zatrzymuję klip i prowokuję rozmowę – to jest kluczowe. Za każdym razem, gdy pokazuję błąd, muszę mieć przygotowane co najmniej jedno wideo z rozwiązaniem (może być z treningu, może być z innego fragmentu meczu, gdzie ta sama sytuacja została rozwiązana poprawnie). Analiza bez recepty to demoralizacja.

Podsumowując. Największym błąd to traktowanie materiału wideo jako dowodu winy. Rola trenera w szatni sprowadza się do zdania: „Nie przyszedłem wam pokazać, co zrobiliście źle. Przyszedłem wam pokazać, jak łatwo możemy to zmienić, żeby było dobrze.” Jeśli zawodnik opuszcza analizę z myślą „jestem do niczego” – zawaliłem swoją pracę. Jeśli wychodzi z myślą „kurczę, wystarczy się przesunąć i w odpowiednim momencie zareagować” – wtedy analiza spełniła swoją funkcję motywacyjną i taktyczną jednocześnie.

Indywidualizacja to kluczowy punkt obu dni kursu. Jak w warunkach i realiach polskich niższych lig skutecznie zaimplementować modele indywidualizacji taktycznej znane chociażby z hiszpańskiej La Ligi?

Dotknąłeś brutalnej rzeczywistości niższych lig. W Hiszpańskiej La Lidze indywidualizacja to standard – masz więcej sesji treningowych w mikrocyklu, kilku analityków i raczej więcej otwartości na analizę taktyczną zawodników. Powiedzmy sobie szczerze. W polskich III, czy IV ligach masz, uśredniając, od dwóch do czterech treningów w tygodniu, jednego analityka, często siebie samego, oraz zawodnika, który w piątek wrócił z pracy, a w sobotę ma grać o awans. Próba kopiowania modeli z La Ligi w takich warunkach to prosta droga do chaosu. Zawodnicy będą “głupi”, a ty wypalisz się po miesiącu. Kluczem jest redukcja, uproszczenie i odpowiednia motywacja. Hiszpański model to nie jest “więcej informacji”, to jest “lepsza selekcja informacji”.

Mówiąc już konkretnie. Jedno zadanie uniwersalne (dla całej formacji albo dla określonej grupy). Np. “Półlewy stoper – zawsze wychodzisz w przód jeżeli ósemka też rozpoczyna pressing.” Jedno wyselekcjonowane zadanie pod kątem największej luki lub największego potencjału. Np. “Paweł (pomocnik) – gdy tracimy piłkę, masz wrócić do strefy przed stoperami, nie gonisz skrzydłowego.” Zasada: Jeśli zawodnik po wejściu na boisko nie jest w stanie realizować dwóch zadań – przeciążyłem go. W niższych ligach lepiej, żeby zrobił jedną rzecz dobrze, niż pięć rzeczy źle. W Hiszpanii indywidualizacja często polega na korygowaniu błędów. W polskich niższych ligach to błąd krytyczny. Nie masz czasu ani liczby treningów, żeby nauczyć 28-letniego obrońcę grać piłką lewą nogą, skoro przez 20 lat grał tylko prawą.

Moje podejście to identyfikacja mocnych stron każdego zawodnika: Prawy obrońca ma słabe dośrodkowanie, ale świetnie czyta grę? Nie każę mu dośrodkowywać – proponuję mu wchodzenie w półprzestrzeń do prostopadłych podań. Zawodnik w niższej lidze szybciej uwierzy w indywidualny model, jeśli widzi, że jego siła jest wykorzystywana, a nie jego słabość jest eksponowana.

Przechodząc do rozpracowywania rywala – jakie są trzy absolutnie kluczowe detale, na które zawsze zwracasz uwagę w pierwszej kolejności?

To właśnie detale robią różnicę. Ale w praktyce, szczególnie w warunkach ograniczonego czasu i zasobów, kluczowe jest wiedzieć, które detale są tymi, które faktycznie decydują o meczu, a które są tylko szumem informacyjnym.

Detal pierwszy: Strukturalny pomysł wyjścia spod pressingu. To jest mój absolutny priorytet. Dlaczego? Bo w piłce nowoczesnej to właśnie faza wyjścia spod pressingu jest najbardziej wrażliwym momentem każdej drużyny.

Drugi – automatyzmy po stracie, czyli detal nad detalami. Nie analizuję tylko tego, jak wyprowadzają piłkę, ale co robią natychmiast po stracie w tej fazie. Czy wykonują natychmiastowe odzyskanie, czy wycofują się do niskiego bloku? To determinuje, pomysł na tę fazę gry. W polskich niższych ligach ten detal jest często decydujący, ponieważ drużyny nie są wystarczająco wytrenowane w płynnym przejściu między fazą budowania a fazą obrony po stracie.

Kolejny: Gdzie rywal najczęściej odzyskuje lub chce odzyskiwać piłkę? W swojej tercji obrony? W środkowej strefie? Wysoko? To determinuje, jakim sposobem będziemy chcieli atakować. Jeśli odzyskują wysoko, muszę mieć gotowych 2-3 zawodników do szybkiego wyjścia i tak nastawiać priorytet do atakowania. 

Na koniec, ale wcale nie mniej ważne, to zachowanie w fazie przejściowej. To jest detal, który traktujemy jako najbardziej informatywną fazę gry. Dlaczego? Bo w fazie zorganizowanej (atak pozycyjny czy obrona pozycyjna) większość drużyn wygląda podobnie – są ustawione, zdyscyplinowane, ale w momencie straty piłki, w tych 3-5 sekundach chaosu, widać prawdziwą kulturę taktyczną zespołu.

To nie są wszystkie informacje, ale to jest minimum niezbędne, aby wyjść na boisko z jasnym planem. Reszta – analiza stałych fragmentów, indywidualnych pojedynków, formy fizycznej – to już praca uzupełniająca, którą nadbudowujemy ciężką pracą w tygodniu. 

Obserwacja z ławki trenerskiej bywa chaotyczna i pełna emocji. Jak filtrujesz informacje płynące z boiska w pierwszej połowie, aby w przerwie meczu w szatni przekazać drużynie tylko te najważniejsze wskazówki?

W ferworze boiskowego chaosu, przy narastającej adrenalnie, zdolność filtrowania informacji staje się ważniejsza, niż sama wiedza taktyczna. Najpierw staram się nie utonąć w tym chaosie. Jednym fundamentalnym założeniem w przerwie meczu jest to, aby nie opowiadać, co się działo, tylko wskazywać co musimy zmienić, aby polepszyć naszą grę. Moja praca na ławce nie polega na tym, żeby wiedzieć wszystko. Polega na tym, żeby wybrać to, co najważniejsze i przekazać to w sposób, który w trzy minuty przerwy zostanie zapamiętany i zrealizowany na boisku. W szatni w przerwie nie wygrywa ten, kto ma najwięcej informacji. Wygrywa ten, kto ma najbardziej trafne i najlepiej skomunikowane informacje. Mówiąc bardziej konkretnie. Staram się ułożyć limit trzech informacji, a tak naprawdę rozwiązań, które faktycznie zawodnicy w przypływie zmęczenia i frustracji są w stanie przyswoić. Ostatnia informacja to najczęściej wzmocnienie jakiegoś konkretnego zachowania, postawy, czy sytuacji. Niech przerwa nie kończy się tylko korektą błędów. 

Jak po zakończonym mikrocyklu i analizie wideo upewnić się, że to, co widzi sztab szkoleniowy przed monitorami w stu procentach pokrywa się z tym, co widzą i rozumieją zawodnicy na murawie?

To jest chyba najważniejsza sprawa. Dla mnie proces analizy wcale nie kończy się na weekendowym meczu. To długofalowa pomoc w rozwijaniu zawodnika. Możemy mieć najdoskonalszy model taktyczny, najlepiej przygotowane wideo, najbardziej szczegółową prezentację, ale jeśli między tym, co widzi sztab przed monitorami, a tym co widzi i rozumie zawodnik na murawie istnieje choćby minimalna szczelina – to w momencie krytycznym, przy presji czasu i przeciwnika, cała nasza praca się rozsypuje. Z pewnością jest tak, że analiza nie jest kompletna, dopóki nie zostanie zweryfikowana na boisku, w ruchu, w warunkach zbliżonych do meczowych. Także tak naprawdę to już trening powinen dawać informację zwrotną, czy zawodnik odpowiada do nas trenerów tym samym językiem piłkarskim. To właśnie już trening jest miejscem, gdzie weryfikuję, czy analiza przetrwała zderzenie z piłką, zmęczeniem i presją przeciwnika, choćby w postaci kolegów z drużyny. To właśnie jednostkami treningowymi działamy najbardziej na świadomość zawodników. Zawodnicy tym samym również widzą, że nie traktuje się ich jak „wykonawców”, tylko jak partnerów w procesie. A ja dostaję bezcenną informację zwrotną, która pozwala mi też ewentualnie poprawiać swój przekaz na przyszłość. 

Na tym chyba możemy zakończyć blok pierwszy i przejść do zagadnień związanych z zarządzaniem w niższych ligach. III liga to specyficzne środowisko, często z ograniczonymi zasobami. Jak budować w pełni profesjonalne środowisko pracy i delegować zadania sztabowi, gdy budżety nie zawsze pozwalają na komfort pracy z najwyższej półki?

To jest sedno drugiego dnia naszego kursu. Przechodzimy od czystej analizy taktycznej do tego, co w realiach niższych lig często jest większym wyzwaniem, niż sam przeciwnik. W trzeciej, czy czwartej lidze nie masz luksusu. Nie masz kilku analityków, nie masz sztabu medycznego na pełen etat, ale możesz wygrać organizacją, kulturą pracy i tym, że każdy w sztabie wie, co robi, kiedy to robi i dlaczego to robi.

Pierwsza rzecz. W środowisku o ograniczonych zasobach, rytm i przewidywalność są najbardziej wartościowe. Gdy sztab i zawodnicy wiedzą, co się dzieje i kiedy, nie marnują energii na chaos organizacyjny. Taki harmonogram tygodniowy, który jest znany wszystkim na początku tygodnia, dzięki któremu zawodnicy wiedzą, kiedy mają być, co będą robić. Sztab ma świadomość, kto za co odpowiada każdego dnia. To eliminuje chaos i pozwala skupić się na piłce.

Druga rzecz. Komunikacja w sztabie musi być krótka, regularna i konkretna. Po meczu lub w poniedziałek, spotkanie sztabu na 30 minut. Tu omawiamy rzeczy głębsze – model gry, problemy systemowe, rozwój zawodników, ewaluację tygodnia.

Numer trzy. Delegowanie w małym zespole to sztuka. Zbyt dużo kontroli – dusisz inicjatywę. Zbyt mało – chaos. I z mojego doświadczenia wynika, że w długim terminie – w perspektywie całego sezonu – dobrze zorganizowany sztab składający się z ludzi, którzy po prostu dobrze czują się w swoim towarzystwie, to nieoceniona wartość, bo piłka nożna wciąż jest grą ludzi, a nie pieniędzy.

Prowadzenie drużyny to też sztuka łączenia różnych, często przeciwstawnych charakterów. Jak utrzymać dyscyplinę taktyczną i równą motywację w tak zróżnicowanej grupie?

To jest chyba najtrudniejsze wyzwanie menedżerskie w piłce nożnej – szczególnie w realiach niższych lig, gdzie różnice między zawodnikami są często znacznie większe niż w profesjonalnych zespołach. Każdy z zawodników ma inną motywację, inne cele, inną odporność na krytykę, inną zdolność przyswajania informacji taktycznych. Jak sprawić, żeby wszyscy grali w tym samym rytmie, realizowali ten sam model taktyczny i byli zmotywowani przez cały sezon?

Podstawą jest zasada zróżnicowanego podejścia, ale jednego standardu. Przykład: Inaczej powiem do kapitana: „Słuchaj, potrzebuję cię dzisiaj jako lidera, weź na siebie odpowiedzialność w tym trudnym momencie.” A inaczej do młodego: „Skup się na swoim zadaniu, staraj się zrobić to, co ustaliliśmy.” Ale jeśli obaj spóźnią się na trening – konsekwencja jest ta sama.

Z tematu taktycznego mogę wskazać termin dyscypliny taktycznej, ale nie jako kagańca, tylko jako mapy drogowej. Nie mylmy dyscypliny taktycznej z ograniczaniem kreatywności. Zawodnicy wtedy boją się zrobić cokolwiek poza schematem. W niższych ligach to zabójcze, bo często to indywidualne błyski decydują o wyniku.

Podobnie jest z motywacją. Motywacja nie jest „jednym paliwem”. To jest zestaw różnych paliw, które dobieram do konkretnego silnika. Skoro grupa jest tak zróżnicowana, ma różne silniki, to trzeba też wlewać różne paliwa. Inne do zawodnika młodego (debiut, pokazanie się, rozwój), inne do ambitnego (gra wyżej, transfer, wyniki, liczby), a jeszcze inne do  doświadczonego (szacunek, stabilność, rola lidera). Nie można absolutnie nikogo pominąć. Rezerwowy jest równie ważny i w danej chwili będzie to najtrudniejsza grupa zawodników. Kluczowa jest wtedy przejrzystość, jasność, szacunek i perspektywa. 

Jak to wszystko zaplanować? Jak w tych wymagających realiach zadbać jeszcze o młodzież o czym rozmawialiście w ramach trzeciego bloku? Jak podczas tworzenia planu szkoleniowego zbalansować długoterminowy rozwój drużyny i modelu gry z brutalną, weekendową presją na zdobycie trzech punktów?

Staram się pracować tak, aby nie wybierać między rozwojem a wynikiem. Wybieram proces, który w długim terminie dostarczy mi i wyników, i rozwoju. To, co buduję dziś – automatyzmy, kulturę, model gry – będzie procentowało jutro, gdy presja wyniku będzie największa. W lidze, gdzie sezon jest długi, a rotacja kadry często wysoka, ten, kto ma zbudowany proces i spójny model gry, w długim terminie wygrywa z tym, kto skacze od systemu do systemu, reagując nerwowo na każdą porażkę. Punkty zdobywa się w sobotę, ale to, co robisz od poniedziałku do piątku decyduje o tym, ile tych punktów będziesz miał w maju. Separacja oceny wyniku od oceny procesu. Te dwie oceny mogą być rozbieżne. Możemy przegrać mecz, ale proces był dobry (realizowaliśmy plan, stworzyliśmy sytuacje, zabrakło detalu). I możemy wygrać mecz, ale proces był zły (zagraliśmy przypadkowo, przeciwnik był słabszy, wygraliśmy indywidualnym błyskiem). Jeśli oceniam tylko wynik, popadam w pułapkę doraźności. Jeśli oceniam proces, mam szansę na długoterminowy rozwój.

Wprowadzenie młodzieżowca do pierwszej drużyny to jeden z najbardziej wymagających warsztatów. Czego polska myśl szkoleniowa mogłaby się w tym aspekcie nauczyć na przykład od hiszpańskich akademii, które wydają się znacznie płynniej i dużo odważniej promować młodzież?

To jest pytanie, które w polskim środowisku piłkarskim wywołuje emocje, często graniczące z kompleksami. Z jednej strony patrzymy z zazdrością na zachodnie akademie, które regularnie produkują zawodników gotowych do gry w pierwszej drużynie. Z drugiej strony mówimy: „ale oni mają inny budżet, inne warunki, inną kulturę”. W tym stwierdzeniu jest ziarno prawdy, ale jest też wymówka, która blokuje nam rozwój. Chodzi przede wszystkim o filozofię, metodologię i konsekwencję w działaniu. Rzeczy, które możemy przenieść do polskich realiów – jeśli tylko przestaniemy szukać wymówek, a zaczniemy uczyć się systemu.

Debiut młodego zawodnika bywa przypadkowy – „bo nie ma kogo wystawić”, „bo kontuzje”, „bo trzeba wypełnić limit młodzieżowca”. Młody wychodzi na boisko nieprzygotowany, w trudnych warunkach, często na kluczowej pozycji. Jeśli zawiedzie – trafia do rezerw i często już nie wraca. Musimy wprowadzać indywidualne plany rozwoju dla każdego zawodnika. Z jasnymi kryteriami gotowości do debiutu. Zacząć planować debiuty – nie “jak wyjdzie”, ale celowo, z wyprzedzeniem, w kontrolowanych warunkach. Musimy też zmienić narrację wokół błędów. “Źle zrobiłeś”, zamienić na “to była okazja do nauki, a my trenerzy wiemy jak to naprawić”. No i przede wszystkim kompetencje miękkie z zakresu zarządzania emocjami, radzenia sobie z presją, odpowiedzialnością i współpracą zespołową. W Hiszpanii, Holandii, czy Belgii nie produkują lepszych piłkarzy dlatego, że mają więcej pieniędzy. Produkują ich dlatego, że mają lepszy system, większą cierpliwość i głębsze przekonanie, że młody zawodnik to inwestycja, a nie koszt. W niższych ligach w Polsce nie mamy wpływu na system szkolenia w całym kraju, ale mamy wpływ na to, jak my – jako trenerzy, analitycy, menedżerowie – podchodzimy do młodych zawodników w naszych klubach. Jeśli każdy z nas, na swoim poziomie, wprowadzi choć część tych zasad – to za kilka lat polska piłka będzie wyglądała inaczej. Nie dlatego, że nagle pojawią się pieniądze, ale dlatego, że zmieni się mentalność, a to w piłce nożnej, jest często ważniejsze, niż budżet.

Zbliżamy się do końca, a jeszcze nie ruszyliśmy tematyki czwartego bloku kursu, a więc narzędzi do pracy. Kursanci pracują na systemach Pro Train Up i Live Tag Pro. Jak bardzo, z twojej perspektywy, technologia i oprogramowanie zmieniły w ciągu ostatnich pięciu lat sposób, w jaki trenerzy czytają i planują grę?

To jest pytanie, które idealnie zamyka kurs, bo dotyka czegoś, co w ciągu ostatnich lat przeszło prawdziwą rewolucję. Dziś mamy systemy takie jak Pro Train Up czy Live Tag Pro, które pozwalają działać tak, jak jeszcze kilka lat temu mogły działać tylko kluby z najwyższej półki. Ale – i to jest kluczowe – technologia sama w sobie nie zmieniła sposobu, w jaki czytamy i planujemy grę. To, co zmieniło się naprawdę, to dostępność informacji i konieczność ich filtrowania. Technologia dała nam supermoce, ale postawiła też przed nowym wyzwaniem: jak nie utonąć w morzu danych.

Co uważasz za absolutny fundament wiedzy z zakresu analizy i zarządzania, bez którego żaden absolwent kursu UEFA A nie powinien samodzielnie obejmować zespołu?

Absolutnym fundamentem nie jest żadna z „zaawansowanych” technik taktycznych. Nie jest to też znajomość systemu Live Tag Pro w najmniejszych detalach. Zanim trener zacznie analizować rywala, zanim wprowadzi model gry, musi odpowiedzieć sobie na jedno pytanie:

Jaka jest tożsamość mojego zespołu?

Życzę każdemu kursantowi, żeby wyjeżdżając z Białegostoku, zabrał ze sobą nie tylko wiedzę o modelach taktycznych, ale przede wszystkim – jasność co do tego, kim jest jako trener i jaką drużynę chce budować. To właśnie ta jasność niech będzie kompasem, gdy za jakiś czas przy 0:1 na wyjeździe, wszystko zacznie się sypać. I wtedy – w tym momencie – okaże się, czy te dwa dni były warte swojej ceny.