Od demolowania rówieśników na turniejach młodzieżowych, przez ekspresowy powrót po koszmarnej kontuzji, aż po wielki transfer do FC Porto. Oskar Pietuszewski to jeden z największych talentów polskiej piłki, który w Jagiellonii Białystok przeszedł drogę od krnąbrnego dzieciaka do stuprocentowego profesjonalisty. Poznajcie kulisy rozwoju jednego z najciekawszych polskich piłkarzy młodego pokolenia, opowiedziane przez trenerów, którzy odkryli i szlifowali ten diament.
Do Jagiellonii Białystok trafił za sprawą trenerów Rafała Muczyńskiego oraz Andrzeja Kurzyny, pod okiem których spędził większość swojej juniorskiej kariery w żółto-czerwonych barwach. Następnie w zespole U-15 prowadził go Marek Wasiluk, w U-17 prowadził go Przemysław Papiernik. Ostatni etap przed dołączeniem do pierwszego zespołu ponownie spędził pod okiem Wasiluka, który był wówczas trenerem zespołu U-19. W tej drużynie nie zagrzał jednak miejsca na długo, bo szybko trafił do pierwszego zespołu Jagiellonii, gdzie ostatnim etapem szlifowania białostockiego talentu zajął się Adrian Siemieniec.
Początki w Białymstoku i pierwsza selekcja
– W maju 2014 roku, po moim przejściu do akademii Jagiellonii, przeprowadziliśmy nabór uzupełniający do rocznika Oskara. Przez pierwszy rok trenowało pięćdziesięciu chłopców podzielonych na dwie grupy. Pod koniec tego pierwszego roku zrobiliśmy większą selekcję, zostawiając w grupie trzydziestu zawodników – dwudziestu odpadło już na wstępie. Oskar znalazł się w gronie tych, którzy zostali, więc jak widać, nie pomyliliśmy się w ocenie – wspomina Rafał Muczyński, pierwszy trener Oskara Pietuszewskiego w Jagiellonii Białystok.
– Kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy, wyróżniał się dynamiką i siłą. Przez cały okres treningów, od małego dziecka, widać było, że uwielbia mieć piłkę przy nodze i dryblować, wszystko to potrafił pokazać na pełnej szybkości. Te cechy dominują u niego do dziś – były widoczne od samego początku. Oczywiście teraz robi to na zupełnie innym poziomie jakościowym i z innym przeciwnikiem, ale te predyspozycje dało się zauważyć już w jego młodzieńczych latach – dodaje.
Grupa Oskara Pietuszewskiego przez pierwszy rok w Jagiellonii Białystok była na tyle liczna, że chłopcy byli podzieleni na dwie grupy treningowe, żeby ułatwić organizację. Po kolejnej selekcji przyszedł czas na zgłoszenie do lokalnych rozgrywek żaków, rozpoczęły się turnieje halowe, turnieje na boisku oraz obozy.
Brak tremy i wsparcie trybun
Po trzech latach utworzona została klasa sportowa. Chłopcy trafili do „czternastki” przy ulicy Pułaskiego. Oskar poszedł z nimi, mimo że był rok młodszy – pasował jednak do rocznika, ponieważ poszedł do szkoły rok wcześniej.
– Z tamtego okresu pamiętam też duże zaangażowanie rodziców w życie Jagiellonii. Wielu z nich kupowało karnety i chodziło na mecze, a chłopcy z drużyny wyprowadzali zawodników na boisko. To była dla nich wielka frajda. Oskar, podobnie jak większość kolegów, uwielbiał tę rolę. Co ciekawe, nie czuł przy tym tremy. Niektórzy chłopcy stali tam z „nogami jak z waty”, spoceni i przestraszeni, a Oskar zupełnie nie. Pod tym względem był super – przypomina pierwszy trener aktualnego gracza FC Porto.
Pietuszewskiego od najmłodszych lat cechowała niesamowita waleczność i ambicja. Chęci zdobycia bramki nie odbierał nawet fatalny wynik i zbliżający się ku końcowi mecz.
– Została minuta do końca, przegrywaliśmy trzema bramkami. Oskara to jednak nie deprymowało. Do ostatniej sekundy walczył o to, by strzelić choćby jednego gola, by spróbować odwrócić losy spotkania. Z dzisiejszej perspektywy ta nieustępliwość i walka do końca to bardzo cenna cecha, która z pewnością zaprocentowała w jego dalszym rozwoju. Na boisku starał się być liderem. Był zawodnikiem, który dawał sygnał do ataku. W trudnych momentach, gdy drużynie nie szło, potrafił jedną akcją odmienić losy meczu lub sam jego przebieg. Nie chodziło nawet tylko o wynik, ale o impuls, dzięki któremu inni zawodnicy też się „nakręcali”, zaczynali gonić wynik i próbować mu dorównać – zauważa Muczyński.
Senior wśród dzieci
– Oskar jest bardzo odważny i wręcz uwielbia rywalizować. Każdy trening i każde ćwiczenie musiało być o coś. Kręciło go to i motywowało do tego do jeszcze większego wysiłku, który miał mu dać wygraną. Zawsze musiał wygrywać. Przegrana była tylko przerwą w wygrywaniu. Cały czas trzeba było mu podkręcać poziom, aż w końcu Oskar pojechał na turniej reprezentacji wojewódzkich U-14 i tam zrobiło się o nim głośno po raz pierwszy. Reprezentacja Podlasia wygrała 5:0 i on strzelił pięć goli. Nie chcę powiedzieć, że on sam to wygrał, ale trochę tak to wyglądało – mówi Przemysław Papiernik, Dyrektor Akademii Jagiellonii Białystok.

A na jakim etapie z talentu Oskara zdał sobie sprawę jego pierwszy trener w Jagiellonii Białystok?
– To trudne pytanie, bo patrząc na całokształt, na wszystkich chłopaków z tego rocznika, którzy przewinęli się przez Jagiellonię, a nawet na tle topowych drużyn w kraju, Oskar zawsze się wyróżniał. Mimo że był rok młodszy, plasował się w czołówce. Każdy, kto choć raz widział nasz mecz, od razu zwracał na niego uwagę. Był jedną z pierwszych osób, które zapadały w pamięć dzięki swojej grze i zachowaniu na boisku. Zdecydowanie się wyróżniał. Cały czas miałem nadzieję, że mu się uda, że powiedzie mu się w piłce. Nigdy jednak nie deklarowałem z pewnością, że „tak, Oskar będzie piłkarzem”, bo tego nie da się przewidzieć ani nikomu zagwarantować. Bardzo mocno mu kibicowałem i wierzyłem w jego sukces. Patrząc na całą drużynę rocznika 2007 w momencie, gdy kończyłem z nimi pracę, Oskar był jednym z trzech zawodników, co do których miałem przeczucie, że osiągną coś w piłce na wyższym poziomie. Na jednym z turniejów naszych chłopaków obserwował skaut federacji – trener Ryszard Robakiewicz. Po meczu poprosił o dane zawodnika z numerem 9. Wówczas pojawił się temat powołań na ZAMO oraz LAMO, na które wówczas jeździł rocznik 2007. Gdy trener dowiedział się, że Oskar jest rok młodszy, był bardzo pozytywnie zaskoczony – mówi Muczyński.
Przeczucie, które stało się faktem
– To, co robił, było niesamowite. I nawet nie chodzi o same gole, on po prostu demolował tych rywali. To wyglądało tak, jakby senior przyszedł pograć z dziećmi. Brał piłkę, sam strzelał bramki. A przecież na poziomie U-14 to już nie są takie małe dzieci – to chłopcy, którzy czasami mają po 1,75 m czy 1,80 m wzrostu. On jednak porażał ich swoją naturalną siłą, szybkością, motoryką, a do tego umiejętnościami. Później, gdy wszedł na poziom centralny i zaczął grać w U-15, strzelać gole, czuć było, że to chłopak zdecydowanie ponadprzeciętny, momentami wręcz wybitny. Trzeba jednak pamiętać, że Oskar nie był łatwy do prowadzenia. Bywał krnąbrny, ale w sporcie takie cechy są niezbędne. Na boisku próbował rzeczy, na które inni w ogóle by się nie zdecydowali. Czasami potrafił wybić piłkę w chorągiewkę, by w następnej akcji strzelić bramkę z przewrotki. Podejmował decyzje, które dla przeciętnego zawodnika czy trenera obserwatora wydawały się nieracjonalne. Ale jak już trafił, to „rozrywał” siatkę – wyjaśnia Przemysław Papiernik.
Trudny charakter i wybuchowa natura
– Oskar źle znosił porażki. Po meczu, w szatni, a czasem nawet jeszcze w drodze do niej, potrafił rozładowywać złość w gwałtowny sposób. Zdarzało się, że przedmioty wokół niego zaczynały poruszać się w różnych kierunkach z wysokimi prędkościami. W trakcie meczu zdarzały mu się też ostrzejsze wejścia. Widać było, że jego reakcja boiskowa miała na celu nie tylko odebranie piłki, ale też pozostawienie po sobie śladu. Swoją złość potrafił też przelać na sędziów. Lubił wdawać się z nimi w dyskusje. przypadku wygranych reakcje były inne, choć nie każdy potrafił okazywać radość ze zwycięstwa czy strzelonej bramki. Niektórzy chowali te emocje głęboko w sobie. Ale nie „Oski”. On był osobą otwartą i odważną, co wynikało z jego charakteru i bezpośredniości w kontaktach z ludźmi. Potrafił się cieszyć, wykonywać różne „cieszynki” po golach i wygranych meczach. Był jedną z osób, które inicjowały wspólne świętowanie – oczywiście w cudzysłowie – sukcesów i zwycięstw na tamtym etapie – mówi Rafał Muczyński.
– Poza boiskiem był niezwykle kontaktowym i otwartym dzieckiem. Pamiętam, że zawsze – czy to na turnieju, wyjeździe, obozie, czy nawet w drodze ze szkoły na stadion przy ulicy Pułaskiego – Oskar kręcił się w pobliżu. Podchodził, rozmawiał, próbował żartować. To było bardzo fajne, bo nie każdy chłopak w tym wieku to potrafi, ale było kilku takich, między innymi właśnie „Oski”. Zdarzało mu się też coś przeskrobać, ale pamiętam, że złość na niego zawsze szybko mijała. Miał w sobie coś takiego, że potrafił sprawić, iż negatywne emocje błyskawicznie znikały – dodaje.
Ewolucja na boisku: od “dziewiątki” do skrzydłowego
Eksplozja talentu Oskara to połączenie niesamowitego potencjału, determinacji oraz sprzyjających warunków panujących w Akademii Piłkarskiej Jagiellonii Białystok. Ostatnie lata to nie tylko treningi drużynowe, ale także zajęcia dodatkowe. Oskar, jak każdy miał swoje deficyty, ale zdawał sobie z tego sprawę i bardzo sumiennie podnosił swoje umiejętności także w trakcie zajęć dodatkowych, gdzie pracował głównie pod kątem technicznym.
– To, że będzie szybki, silny, zwinny i przebojowy, widać było już u ośmiolatka. Ale do tego potrzebne są umiejętności, które nabył. Musimy też pamiętać, że Oskar do etapu U-19, zanim trafił do pierwszego zespołu, był zawodnikiem z pozycji numer 9 lub 10 – czyli napastnikiem albo ofensywnym pomocnikiem. Nie był skrzydłowym. Dopiero potrzeba pierwszego zespołu wymusiła sprofilowanie go na bok. Przy Pululu i Imazie nie było zbyt wielkich szans na grę, więc wymyślono Oskarowi inną pozycję i okazało się to strzałem w dziesiątkę. Dzisiaj nie wyobrażam sobie, by wrócił na pozycję, gdzie gra się bardziej tyłem do bramki i ma mniej możliwości dryblingu. Skrzydło to jego naturalne środowisko. Wielkim plusem jest też to, że nauczył się świetnie bronić – zauważa Papiernik.
Błyskawiczny powrót i kadra
Nie zawsze jednak było tak kolorowo. W pewnym momencie rozwój został zatrzymany, na szczęście tylko na chwilę, przez bardzo poważny uraz jakim było zerwanie więzadła.
– Przechodziłem z nim przez to. Złapaliśmy wtedy fajną relację, sam woziłem go na rehabilitację do doktora Koryszewskiego. U nas w akademii dzieciaki wracają po takiej kontuzji między dziewiątym a dwunastym miesiącem. On wrócił w niecałe sześć. Wynikało to w głównej mierze z jego budowy ciała, naturalnych predyspozycji, ale też faktu, że przeszedł niezwykle profesjonalną rehabilitację – mówi.
Po powrocie na boisko rozwój Oskara nabrał niesamowitego tempa. Po epizodach w reprezentacjach U-15 i U-17, w zasadzie od razu trafił do kadry U-21. Jesienią ubiegłego roku zrobił niesamowitą furorę w meczach eliminacyjnych zespołu Jerzego Brzęczka, a robił to już jako ważny gracz Jagiellonii Białystok.
Milionowe proroctwo
Na początku roku stało się jasne, że do dalszego rozwoju młodzieżowego reprezentanta Polski potrzebny jest kolejny krok. Te od niedawna stawia w drużynie słynnych Smoków, a więc FC Porto. Muczyński wraca pamięcią do sytuacji, która przypomniała mu się, gdy zobaczył prezentację swojego byłego podopiecznego w portugalskim gigancie.
– Po powrocie z jednego z turniejów, na którym Oskar zagrał świetnie, chyba nawet zdobył nagrodę indywidualną. Na parkingu odbierała go mama, a on skarżył się na ból nogi. Zażartowałem wtedy: „Idź z nim jutro do lekarza, bo te nogi będą kiedyś zarabiać miliony, więc trzeba o nie dbać”. Mama roześmiała się i odpowiedziała z przymrużeniem oka: „Tak, na pewno” – śmieje się Muczyński.






